Ilość wyświetleń: 50

„Protesty i strajki to są formy działalności związków zawodowych wszędzie w demokratycznych krajach na świecie”

„Jak mógł ustać kryzys, którego… nigdy nie było?” – zastanawia się prof. Ryszard Bugaj w rozmowie z dziennikiem „Polska the Times”.

Jak zauważa  były doradca prezydenta Kaczyńskiego, choć obecnie można zauważyć kilka symptomów poprawy sytuacji gospodarczej, to nie ma gwarancji, że jest to zmiana trwała.


Jest też kwestia definicji kryzysu. Tusk zdaje się stawiać znak równości między kryzysem a recesją. Z różnych ważnych powodów należy kryzys utożsamiać po prostu z nasileniem negatywnych perturbacji (wysokie bezrobocie, nierównowaga budżetowa itp.). Z tym mamy nadal do czynienia i perspektywy nie są dobre. – mówi prof. Bugaj.

Prezydencki doradca odnosi się również do zapowiadanych protestów Solidarności. Jego zdaniem akcja związkowców jest jak najbardziej uzasadnione, a walka z elastycznym czasem pracy i podwyższonym wiekiem emerytalnym leży w naturalnym kręgu zainteresowań związków zawodowych, które z definicji muszą dbać o interesy pracowników. Nie ma też nic dziwnego w formie tych protestów.

Protesty, strajki to są formy działalności związków zawodowych wszędzie w demokratycznych krajach na świecie – zauważa Bugaj.

Zdaniem rozmówcy dziennika NSZZ Solidarność powoli ale skutecznie zmienia swój wizerunek z populistycznej organizacji „zadymiarskiej” na rzecznika praw pracowniczych.

Kluczową sprawą dla związku jest zmiana postrzegania go przez opinię publiczną. To się zresztą trochę poprawia. Piotr Duda jest bardzo sprawny. Namawiam znajomych działaczy, żeby się postarali o wzmocnienie aktywności eksperckiej związku, żeby – na przykład – gdy się coś dzieje w gospodarce – istniał „adres”, pod który może zawsze dziennikarz zadzwonić i otrzymać komentarz – twierdzi ekonomista.

Zdaniem Bugaja Solidarność powinna też poważnie rozważyć stworzenie swojej reprezentacji politycznej, ale nie w Sejmie   – jak to było za czasów AWS – ale wyłącznie w Senacie.

W senacie „nie ma rządu”, są ustawy. Obecność w senacie sprzyjałaby podejmowaniu inicjatyw referendalnych, ponieważ konstytucja przewiduje, że referendum może być ogłoszone na wniosek prezydenta, zatwierdzony większością głosów przez senat – podkreśla Bugaj. I wyjaśnia:

Spodziewam się, że w najbliższych wyborach frekwencja może być nawet poniżej 40 procent i wtedy wyłoni się większość, na którą głosowało 20 albo mniej procent ludzi. Wówczas, kiedy formalna rządząca większość zagalopuje się, forsując interesy swoich wyborców, swojego targetu, będzie potrzebny ktoś, kto będzie rzecznikiem większości. W takiej sytuacji referendum może zapobiec rozstrzygnięciu w imię interesów mniejszości. To jest demokratyczna i rozsądna droga.

Źródło: Polska the Times