Ilość wyświetleń: 134

Piotr Duda w szczerej rozmowie z Wosiem i Krysztopą: Pokojowo już było!

Powiem krótko: pokojowo już było. Jeśli Solidarność zostanie zmuszona do wyjścia na ulice, to pokażemy, jak bronimy praw pracowniczych i demokracji, tak jak było to w latach 2010–2015 – mówi Piotr Duda, przewodniczący Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność” w rozmowie z Cezarym Krysztopą i Rafałem Wosiem.

C.K.: – Pytaniem, które najczęściej słyszę w mediach społecznościowych, jest: „Donald Tusk demontuje państwo, gdzie jest w tym wszystkim Solidarność?”.

– NSZZ „Solidarność” jak zawsze trzyma rękę na pulsie. Przede wszystkim jesteśmy od szeroko rozumianych spraw pracowniczych, ale historycznie mamy także prawo wypowiadać się w sprawach dotyczących wolności i demokracji, bo o to jako związek zawodowy walczyliśmy. Nie jest tak, że tylko się przyglądamy. Mamy swoje struktury i jako szef Komisji Krajowej posiłkuję się ich opiniami. Jestem w kontakcie z szefem Solidarności w Telewizji Polskiej, przewodniczącym Sekretariatu Kultury i Środków Przekazu NSZZ „S”, szefem Regionu Mazowsze, w którym jest zarejestrowana organizacja, i z nimi te sprawy konsultuję. Nie zrobię nic bez moich struktur – to dla mnie podstawa.

Donald Tusk idzie w kierunku anarchii państwa i nieprzestrzegania prawa, ale ja w Związku muszę tego wewnętrznego prawa przestrzegać i staram się to robić.

W stanowisku, które przyjęliśmy dziś na Komisji Krajowej w Pałacu Prezydenckim, jasno stwierdziliśmy, że każdy rząd, który wygrywa wybory, ma prawo do zmian personalnych i instytucjonalnych, ale musi to robić zgodnie z porządkiem prawnym panującym w naszym kraju. Niezależnie od tego będziemy bronić spraw społecznych oraz instytucji takich jak IPN, który jest na celowniku rządu premiera Donalda Tuska. Jeśli przyjdzie ten moment, pokażemy siłę.

Powiem krótko: pokojowo już było. Jeśli Solidarność zostanie zmuszona do wyjścia na ulice, to pokażemy, jak bronimy praw pracowniczych i demokracji, tak jak było to w latach 2010–2015.

Chcę jednak podkreślić, że my nie mówimy nigdy: „nie, bo nie”. Zawsze przedstawiamy konkretne propozycje, tak jak było to przy demontażu Komisji Trójstronnej przez rząd Donalda Tuska. Mimo że zerwaliśmy rozmowy, to potem przygotowaliśmy projekt ustawy o Radzie Dialogu Społecznego i dzisiaj mamy dobrą, funkcjonującą instytucję. Szkoda, że RDS nie stał się urzędem, a tylko platformą dialogu społecznego, ale w kolejnych nowelizacjach będziemy się tego przekształcenia domagać. Zobaczymy, co na to nowy rząd i kto będzie z jego ramienia przewodniczył w Radzie do października. Później to NSZZ „Solidarność” obejmuje przewodnictwo.

R.W.: – Solidarność i premier Tusk znają się doskonale i w przeszłości nie była to przyjaźń. W ostatnich latach obecny premier i jego dzisiejsi koalicjanci starali się pokazać opinii publicznej, że myślą już inaczej – że są bardziej prospołeczni, propracowniczy. Czy wierzy Pan w taką metamorfozę?

– Nie wierzę, ale chciałbym się mylić. Bo naprawdę mamy wiele ważniejszych zadań do wykonania, na przykład w zakładach pracy, gdzie niektórzy pseudopracodawcy utrudniają działalność związkową, niż ganianie się po ulicach z rządem. Jeśli faktycznie premier i jego koalicjanci przeszli metamorfozę i wyciągnęli wnioski z błędów, to my jesteśmy otwarci.

Od 2002 roku mamy uchwałę jeszcze z czasów AWS-u, zgodnie z którą mamy zakaz współpracy z partiami komunistycznymi i liberalnymi, ale z każdym rządem musimy rozmawiać. I ja jako przewodniczący Związku łaski nie robię. Jeśli dostanę zaproszenie od Donalda Tuska, to się z nim spotkam. Zrobię to dla polskich pracowników i członków związku zawodowego Solidarność.

C.K.: – W czasie posiedzenia Komisji Krajowej w Pałacu Prezydenckim prezydent Andrzej Duda prosił Solidarność o wsparcie. Jaką formę przyjmie ta współpraca?

– Ta współpraca istnieje cały czas. Zarówno instytucjonalna – związku zawodowego Solidarność i urzędu prezydenta, jak i mniej formalna, taka solidarnościowa i w końcu moja osobista, bo znam się od wielu lat z prezydentem Andrzejem Dudą. I będzie ona kontynuowana, niezależnie od zgrzytów, które przecież były również wtedy, gdy rządziło Prawo i Sprawiedliwość. Jest ona widoczna także w czasie różnego rodzaju uroczystości: w Gdańsku, Jastrzębiu-Zdroju czy Szczecinie. Potwierdza ją także dzisiejsze spotkanie w Pałacu Prezydenckim, jak również nasza wspólna umowa programowa, podpisana dwukrotnie w 2015 i 2020 roku. To pokazuje, że Solidarność jest z panem prezydentem na dobre i na złe. Wiele udało nam się wspólnie zrealizować i wiemy, że możemy spodziewać się z jego strony tylko dobrych rzeczy. Nasza współpraca jest modelowa.

„Pan Jan Grabiec i reszta powinni wiedzieć, że patronem dialogu społecznego jest prezydent, a nie rząd”

R.W.: – Jak Pan myśli, dlaczego ministrowie rządu Tuska nie przyszli na uroczystość powołania ich w skład Rady Dialogu Społecznego?

– Dla mnie to jest polityczne prostactwo i afront w kierunku prezydenta. Chodziły słuchy, że ministrowie obawiali się, że pan prezydent będzie miał mocne wystąpienie, w którym nawiąże do niszczenia konstytucji i praworządności przez nową władzę. Inne głosy wskazywały, że była to próba umniejszenia rangi prezydenta przez rządzących. Tak czy inaczej pan Jan Grabiec i reszta powinni jednak wiedzieć, że patronem dialogu społecznego jest prezydent, a nie rząd, który musi współpracować w tych sprawach z prezydentem, czy mu się to podoba, czy nie.

Każda nowelizacja ustawy o RDS-ie jest projektem prezydenckim, ustalonym w gronie partnerów: rząd, związki zawodowe, pracodawcy, i potem idzie do konsultacji do pana prezydenta. Dlatego dziwię się, że ministrowie zdecydowali się na taki afront. Ale takie są skutki, gdy najpierw się coś robi, a potem myśli. Dzisiaj te osoby przyszły, a pan prezydent jak zawsze z klasą podziękował im i powiedział kilka słów, zwracając uwagę, że inicjatorem RDS-u była Solidarność. Mam nadzieję, że to był tylko zły początek i że strona rządowa takiego błędu już nie popełni. Ja ze swojej strony służę pomocą, doświadczeniem i wiedzą pani minister Agnieszce Dziemianowicz-Bąk, która najprawdopodobniej zostanie przewodniczącą Rady.

R.W.: – Słychać też głosy, że marszałek Szymon Hołownia zamierza wyciągnąć z zamrażarki projekt ustawy o emeryturach stażowych. Jak ocenia Pan szanse, że ten projekt w końcu się zmaterializuje?

– Projektowi obywatelskiemu został nadany numer druku sejmowego i 8 lutego będzie procedowany. Po raz drugi odbędzie się jego pierwsze czytanie, bo w poprzedniej kadencji decyzją polityczną został zamrożony. W czasie kampanii wyborczej wszystkie partie polityczne z wyjątkiem Konfederacji mówiły o emeryturach stażowych. Czekam zatem na realizację tego postulatu. W jakiej konfiguracji będą te emerytury stażowe, jak mają wyglądać, czy okres nieskładkowy będzie wliczany czy nie – od tego jest komisja sejmowa. Tam usiądźmy i rozmawiajmy. Solidarność ma projekt, w którym wymagane jest przepracowanie 35 lat dla kobiet i 40 lat dla mężczyzn, ale jesteśmy otwarci na dalsze negocjacje.

C.K.: – Pozwolę sobie jeszcze wrócić do spraw RDS-u. Dobrze się stało, że ministrowie rządu Donalda Tuska stawili się na wręczeniu nominacji. Czy to daje nadzieję na skuteczny dialog społeczny?

– Kiedy pełniłem funkcję przewodniczącego RDS-u, sala przy ul. Limanowskiego była praktycznie wypełniona, ale później widziałem, że kolejni przewodniczący trochę sobie odpuszczali. Pandemia koronawirusa spowodowała, że dzisiaj mamy jakieś hybrydowe spotkania RDS-u, sytuację, w której ktoś siedzi dwie ulice dalej, a nie przychodzi w ogóle na posiedzenia. Dla mnie to jest niedopuszczalne. Kiedy przejmiemy przewodnictwo, będziemy chcieli na nowo przywrócić w RDS-ie dyscyplinę.

Co do nadziei na skuteczny dialog reprezentacja RDS-u jest szeroka i merytoryczna – od szefa MSWiA Marcina Kierwińskiego, poprzez ministra aktywów państwowych Borysa Budkę, po ministra infrastruktury Dariusza Klimczaka. Obejmuje ona zatem najważniejsze obszary funkcjonowania państwa, a to daje silne podstawy do prowadzenia skutecznego dialogu społecznego, z tym że do tego potrzebna jest wola polityczna. A nie mam pewności, czy ona jest.

Za rządów Zjednoczonej Prawicy z początku była silna ekipa, jednak z czasem niestety jej członkowie się wykruszali. Podkreślę jeszcze raz: gdyby Rada Dialogu Społecznego nie była platformą, tylko urzędem i miała swojego rzecznika dialogu społecznego – podobnie jak istnieje urząd rzecznika praw pacjenta czy rzecznika praw obywatelskich, do takich sytuacji by nie dochodziło.

„Hipokryci do sześcianu”

R.W.: – Przysłuchując się obradom Komisji Krajowej, notowałem zestaw problemów różnych branż. Bardzo realne wydały mi się obawy dotyczące liberalizacji ograniczenia handlu w niedziele. Jakie są plany Solidarności na taki wypadek?

– Usłyszeliśmy dzisiaj od pana prezydenta jasną deklarację, że dopóki będzie sprawował swój urząd, nie pozwoli na to. Oczywiście można tę kwestię przeprowadzić uchwałą albo ominąć weto prezydenta, jednak nie sądzę, żeby tak się stało, bo wówczas rząd otworzyłby front wojny z Solidarnością, której się boi. Różne są głosy w tej sprawie. Słyszymy ze strony Lewicy, że Polacy przyzwyczaili się do wolnych niedziel, minister Agnieszka Dziemianowicz-Bąk mówiła w wywiadzie, że nie są prowadzone prace, które miałyby zmienić obecny stan rzeczy. Z innych źródeł można jednak usłyszeć, że takie działania się jednak rozpoczynają. Poczekamy, zobaczymy. Ale to jest to, o czym mówiłem dzisiaj także w Pałacu Prezydenckim – hipokryzja polityków, którzy chwalą się tym, że Sejm jest przyjazny rodzinie, że można do niego przychodzić z dziećmi etc. A co ci, którzy chcą wprowadzać niedziele handlowe, mają do powiedzenia pani kasjerce, która także ma małe dzieci i nie ma gdzie ich zostawić, ponieważ jej mąż także wtedy pracuje, na przykład w składzie budowlanym i musi być w pracy w niedzielę, bo ktoś ma kaprys kupować wówczas cement albo betoniarkę? Hipokryci do sześcianu.

Dobrze by było, gdyby pracodawcy w szeroko rozumianym handlu – a jest ich naprawdę bardzo dużo i są zrzeszeni – usiedli do stołu z Solidarnością czy ze wszystkimi reprezentatywnymi związkami do rozmów nad branżowym układem zbiorowym pracy, który obowiązywałby wszystkie sieci handlowe. Nic tu nie pomoże, np. zakładowy układ pracy, potrzebny jest układ branżowy – tak jak we Francji, w Niemczech i w wielu innych cywilizowanych państwach, w których układy pomiędzy pracodawcami a pracownikami są powszechne. I tylko tego oczekujemy, żeby ci pracodawcy, którzy piszą pisma do naszej sekcji handlu i domagają się w nich przywrócenia niedziel handlowych, zrozumieli, że nie tędy droga. Oni z kolei bywają naciskani przez rozmaitych lobbystów zagranicznych sieci handlowych.

Pan prezydent pytał dzisiaj ironicznie: „Po co CPK, jeśli mamy Berlin?”, ja mógłbym spytać podobnie: „Po co mają być w Polsce zamknięte sklepy w niedziele, skoro są zamknięte w Niemczech”. Kiedy nie było u nas zakazu handlu w niedziele, Niemcy robili sobie wycieczki w Lubuskie do dużej sieci handlowej, bo przecież ludzie w Polsce mogą pracować non stop. Wartość wolnej niedzieli ma szczególny wymiar dla osób wierzących, ale jest ona także niezwykle istotna dla wszystkich, którzy mają rodziny, bo pozwala na wspólne spędzenie czasu. Niedawno podczas podróży spotkałem się z podziękowaniami pani, która podkreśliła, że wolne niedziele są ważną sprawą, bo co prawda ona w niedziele pracuje na stacji benzynowej, ale jej mąż, który także pracuje w handlu, może w tym czasie zająć się dziećmi.

„My jako Solidarność nie chcemy bronić murów. Chcemy bronić ludzi”

C.K.: – W związku z działaniami Unii Europejskiej forsującej klimatyzm, ekologizm, „Zielony Ład” etc. przez Europę przetacza się obecnie fala strajków. Jaką formę może ona przybrać w Polsce?

– To się kiedyś musiało stać. Od 2007 roku Solidarność jako jedyna głośno o tym mówiła. Wspólnie z Henrykiem Nakoniecznym, Jarosławem Grzesikiem, Dominikiem Kolorzem i innymi mówiliśmy o unijnej polityce w kwestii emisji CO2, wskazując na jej błędy. Walczyliśmy wówczas o górnictwo, nie sądziliśmy, że ta ideologia rozleje się aż tak szeroko. Widocznie musi niektórych zaboleć, żeby zrozumieli. I – jak widać – zaczyna to boleć rolników niemieckich, francuskich i innych. Zaboli i w Polsce, to wtedy dopiero się ludziom oczy otworzą.

Oczywiście jesteśmy za transformacją energetyczną, ale ona musi mieć swój czas, musimy wiedzieć, jakie są jej skutki społeczne i jak ograniczyć jej negatywne rezultaty. Jeżeli będziemy się do tego stosować, wówczas wszystko będzie w porządku. Musimy mieć czas jako Polska. Myśmy tego czasu nie dostali, bo byliśmy zniewoleni przez komunizm. A wtedy Niemcy budowały swoją potęgę gospodarczą na węglu brunatnym i na rosyjskim gazie. Zbudowali ją, a teraz chcą ograniczyć nasz potencjał, więc jeśli polska gospodarka staje się bardziej konkurencyjna, od razu wprowadzają np. kary za emisję CO2, czyli tzw. opłaty ETS.

Kolejny z brzegu przykład, o którym czytałem ostatnio w „Tygodniku Solidarność”, to zamach Francji i Komisji Europejskiej na polskie przetwórstwo rybne, bo jesteśmy za silni i staliśmy się konkurencją dla rynku francuskiego. Jako Polacy opowiedzieliśmy się w referendum za przystąpieniem do Unii Europejskiej, i to była bardzo dobra decyzja, ale nie znaczy to, że w Unii przyjmowali nas tylko dlatego, że nas kochają. Przyjęli nas, bo liczyli na nasze rynki zbytu. I zakładali, że będzie to działać tylko w jedną stronę. A my obecnie rozpychamy się na rynkach starej „Piętnastki”. I tego oni zdzierżyć nie mogą – szczególnie Francja i Niemcy. To ich boli i będą przygotowywać kolejne ograniczenia, żeby osłabić polską gospodarkę. Polscy rolnicy doskonale zdają sobie z tego sprawę i wychodzą na ulice. Czekamy już dłuższy czas na to, aby Komisja Europejska podjęła notyfikacje umowy społecznej, która była długo i z wielkimi wyrzeczeniami negocjowana na Śląsku. My jako Solidarność nie chcemy bronić murów. Chcemy bronić ludzi. Tam, gdzie wyczerpują się złoża węgla, kopalnie są zamykane, ale tam, gdzie można czerpać węgiel i korzystać z nowych technologii, czyli np. tzw. zielonego węgla, czyli zgazowywania węgla – tak jak robi się to chociażby w Japonii – trzeba iść w tym kierunku. Podobnie jeżeli chodzi o węgiel brunatny, czyli Turów. Trzeba wziąć pod uwagę skutki społeczne, ale i bezpieczeństwo energetyczne naszego kraju, zwłaszcza w czasie, kiedy mamy do czynienia z wojną za naszą wschodnią granicą. I obym się mylił, ale może się okazać, że na tym się nie skończy.

R.W.: – Pozostańmy jeszcze przez chwilę przy tym wątku europejskim. Solidarność jest największym związkiem zawodowym w Polsce, jednym z większych związków w Europie, ale nie jedynym. Jak Pan widzi szansę współpracy na tych wszystkich polach, które tutaj omówiliśmy, z innymi organizacjami związkowymi w Europie?

– Jest to bardzo trudne. Już nie pamiętam, kiedy ostatnio byłem w Brukseli, chociaż jesteśmy afiliowani w Europejskiej Konfederacji Związków Zawodowych i w Światowej Organizacji Związków Zawodowych. Związki zawodowe na poziomie EKZZ w większości mają charakter lewicowy, a niektóre francuskie – wręcz komunistyczny. Nieraz mieliśmy już spięcia na tym tle, ponieważ francuskie związki zawodowe chciały nas karać za artykuły, które ukazywały się na łamach „Tygodnika Solidarność”. To jest niedopuszczalne i świadczy o kompletnym braku zrozumienia, czym są wolne media. Musiałem rozprawić się z tymi komunistycznymi związkami. Miałem wielki żal do byłego przewodniczącego EKZZ Luci Vincentiniego, który na to pozwolił. Okazało się później, że krótko był szefem Światowej Organizacji Związków Zawodowych i że był zamieszany w niecne sprawy korupcyjne. Jest nam trudno, bo niemal we wszystkich dobrych stanowiskach dotyczących pracowników w szeroko rozumianych państwach Unii Europejskiej i nie tylko znajdują się wtrącenia w rodzaju: „Zielony Ład”, „Fit for 55”, LGBTQ etc. Związek zawodowy Solidarność opiera się na wartościach chrześcijańskich i od tego nie odejdziemy. Nie jesteśmy hipokrytami. Jeśli w EKZZ opowiadamy się za czymś, nasze stanowisko jest jasno określone. Nie zachowujemy się tak, jak niektóre centrale związkowe z naszego kraju, które na komitecie sterującym EKZZ głosują za „Zielonym Ładem” czy „Fit for 55”, a później przyjeżdżają do Polski i udają, że bronią polskich górników czy energetyków. My, jeśli przyjmujemy w EKZZ stanowisko „przeciw”, to później w Polsce na przykład bronimy górników z kopalni Turów.

Trzeba być wobec siebie fair. Weźmy taki przykład. 26 lutego jadę do Pragi spotkać się ze związkami słowackimi i czeskimi. Jeszcze do niedawna jako jedyni byli przeciwko temu, aby powstała tzw. dyrektywa w sprawie adekwatnych wynagrodzeń minimalnych w Unii Europejskiej, która mówi również o układach zbiorowych pracy. Wówczas byłem zszokowany, dlaczego tak jest. Okazało się, że poprzedni rząd był w stosunku do nich w miarę przyjazny, dogadali się, żeby ta dyrektywa nie powstała.

Powiem im więc prosto w oczy, że tak się w europejskim ruchu związkowym nie współpracuje. Wystarczy, że mieliśmy przeciwników w postaci związków państw skandynawskich, gdzie obowiązują układy zbiorowe pracy, i w związku z tym nie ma Kodeksu pracy, więc oni byli, są i będą przeciwko, ale mimo wszystko dyrektywa została przegłosowana.

Ta dyrektywa to kolejne dziecko Solidarności, mówiłem o tym na szkole letniej EKZZ-tu w Kopenhadze. Mam nadzieję, że polski rząd, który ma jeszcze niecałe półtora roku na notyfikację tej dyrektywy, zrobi to i ona wejdzie w życie, a my będziemy mogli rozmawiać o niej na przykład w takich obszarach jak prawo zamówień publicznych. Dla nas to bardzo ważne.

Chcemy, aby układy zbiorowe pracy stały się wreszcie faktycznym prawem pracy w naszym kraju, żeby Kodeks pracy był tylko dla pracowników małych firm, którzy nigdy nie będą objęci takim układem. Wtedy politycy nie mieszaliby się w sprawy pomiędzy pracodawcą w danej branży i związkiem zawodowym. Pamiętamy czasy covidu. Gdyby wówczas w naszym kraju było więcej zbiorowych układów pracy w poszczególnych branżach, nie byłoby tych problemów, które wtedy mieliśmy.

C.K.: – Decyzją pułkowników Tuska i decyzją Sądu Rejestrowego likwidatorem PAP-u został Marek Błoński, który należy do Solidarności. Internauci chcieliby znać Pana opinię w tej sprawie.

– Nie wiem, czy ten pan jeszcze jest członkiem Solidarności. W naszym prawie związkowym i ordynacji wyborczej jest napisane jasno – jak cię wybierają, tak cię odwołują. Zapewne trzeba by zapytać w tej kwestii szefa Regionu Śląsko-Dąbrowskiego, w którym organizacja PAP-u jest zarejestrowana, czy Marek Błoński złożył rezygnację.

Ja natomiast powiem krótko: w każdej organizacji są judasze. Tak to wygląda. Miałem inne zdanie o Marku Błońskim, bo jako szef regionu znałem go zdecydowanie wcześniej.

Nie będę mówił o konsekwencjach, o tym, że za pół roku nikt nie będzie wiedział, kto to jest Marek Błoński, i że został po prostu wykorzystany. On już ma swoje znamię, z którym pozostanie do końca swoich zawodowych dni. Ale to jest jego sprawa. Ja zawsze miałem go za umiarkowanego, bardzo dobrego dziennikarza. Z jednej strony jest mi więc przykro, a z drugiej strony myślę, że tak się po prostu nie postępuje.

Bezpieczeństwo pracownicze, socjalne i stabilność zatrudnienia

R.W.: – Jakie Pana zdaniem są trzy największe zmartwienia polskiego pracownika dzisiaj, w roku 2024?

– Pan redaktor najtrudniejsze pytania zawsze zostawia na koniec [śmiech]. Gdyby to było parę lat wstecz, to bym powiedział: wysokie bezrobocie. Ale dzisiaj, jak to mówił przewodniczący Marek Bogusz o Bielsku-Białej, mimo że obecnie tyle jest tam zwolnień, to bezrobocie wzrosło z 1,6 do 1,9 proc. Parę lat temu byśmy sobie życzyli, żeby tak to wyglądało.

Na pewno nasz główny cel to jeszcze wyższe wynagrodzenia. Chociaż zdecydowanie idą do góry, to martwi mnie, że spłaszczają się, jeżeli chodzi na przykład o budżetówkę. Staraliśmy się w ostatnich latach jako Solidarność, osobiście po nocach negocjowałem z premierem Mateuszem Morawieckim, żeby minimalne wynagrodzenie szło szybko do góry, ale widać, że nie dotyczy to wyższych wynagrodzeń i za chwilę może się okazać, że w budżetówce większość pracowników będzie pracowała na minimalnym wynagrodzeniu. A przecież nie o to chodziło.

Druga sprawa to dumping pracowniczy. W teorii w Parlamencie Europejskim dąży się do zrównania praw pracowniczych pod względem prawnym. Ale jakoś mało się mówi o aspektach czysto pracowniczych, czyli na przykład, żeby nie było dumpingu społecznego, przynajmniej w państwach Unii Europejskiej. Żeby firmy skandynawskie nie uciekały z Norwegii do Polski, bo tu są niższe płace. Większość Polaków, jestem o tym przekonany, którzy głosowali w referendum akcesyjnym do Unii Europejskiej, głosowali za tym, żeby mieć wolność, żeby mieć Schengen, ale przede wszystkim żeby żyło im się zdecydowanie lepiej. Chcieli mieć wyższe wynagrodzenia i dobrą, bezpieczną pracę.

Uważam, że to są dzisiaj zmartwienia polskiego pracownika – bezpieczeństwo w pracy pod każdym względem. Bezpieczeństwo pracownicze, socjalne i stabilność zatrudnienia. Na tych głównych obszarach powinniśmy się skupić. I cały czas dbać o to, żebyśmy się mogli dalej rozwijać jako państwo, jako polska gospodarka, bo wtedy i pracownikom będzie się żyło lepiej.

„Solidarność wie, co ma robić”

C.K.: – Wydaje się, że historia wzywa Solidarność do tablicy. Od sytuacji, w której ludzie nienależący do Związku nie są zainteresowani Związkiem, przeszliśmy do sytuacji, w której ludzie wołają Solidarność i jej potrzebują. W jaki sposób Solidarność chce na to wołanie odpowiedzieć? Jaką ma wizję istnienia w społeczeństwie polskim na najbliższe lata?

– Solidarność już wiele lat temu przeszła na pozycję związku, który przede wszystkim dba o swoich członków i o pracowników. Nie jesteśmy w stanie zbawiać całej pracowniczej Polski. Ludzie mają wybór, mogą zapisywać się do innych związków zawodowych. Ale poza sprawami czysto pracowniczymi Solidarność ma także znaczenie historyczne. Jesteśmy pod tym względem wyjątkowym związkiem zawodowym, rozpoznawalnym na całym świecie, nie tylko jeśli chodzi o logo, ale także, a może nawet przede wszystkim, ze względu na dorobek Solidarności i jej niekwestionowany wkład w budowę demokratycznego i praworządnego świata. Jesteśmy z tego dziedzictwa dumni.

Jeżeli więc faktycznie będzie potrzeba, aby podjąć działania, to Solidarność będzie wiedziała, co ma robić. Moją rolą jako przewodniczącego Komisji Krajowej jest tak kierować związkiem zawodowym, żeby był silną organizacją, żeby był jednością, prawdziwą Solidarnością. To jest kierunek, w którym chcemy iść.

Niektórzy nam wytykają, że wchodzimy w obszary polityczne. Nie obawiam się tego. Piotr Duda nigdy nie był w żadnej partii, nie jest i nie będzie. Nie poszedłem do wyborów za czasów AWS-u, nie poszedłem za czasów PiS-u i nigdy nie pójdę. Ze związku zawodowego Solidarność, jak Bóg da, odejdę na emeryturę. Bo mam serce do tej pracy i ona jest dla mnie najważniejsza.

Co nie znaczy, że nie denerwuję się uwagami polityków, co powinniśmy robić i że nie mamy prawa po swojemu uprawiać polityki. Członek Związku, który wypisuje deklarację Solidarności, nie wpisuje tam światopoglądu, orientacji seksualnej czy przynależności partyjnej. A z drugiej strony, przystępując do Związku, nie zrzeka się praw obywatelskich. Nadal jest obywatelem tego kraju. 11 stycznia ci obywatele, którzy nie mogli siedzieć w domu i biernie patrzeć na to, co dzieje się obecnie w Polsce, przyjechali i manifestowali w Warszawie. Mają do tego prawo. Mają też prawo wziąć ze sobą flagę Solidarności. Wiodące media nie miały jakoś problemu z tymi flagami, jak były czarne marsze. Inni mogą się bawić w politykę. Jest nawet taki związek zawodowy, który jak przychodziły wybory, przekształcał się w Polską Partię Pracy. Przewodniczący kandydował na prezydenta, do sejmiku, do rady miasta, do parlamentu. Co prawda nigdzie się nie dostał, ale jakoś nikt nie zwracał uwagi na jego zaangażowanie polityczne. Ale jak przewodniczący Piotr Duda spotka się z prezesem Jarosławem Kaczyńskim czy jakimś innym politykiem, to jest to traktowane jako uprawianie wielkiej polityki. Nie, my mamy do tego prawo. Będziemy też podejmować odpowiednie działania. Nie będę zdradzać strategii, ale powtórzę za prezydentem: Solidarność trzyma rękę na pulsie, a prezydent trzyma z Solidarnością.

  • Autor: Cezary Krysztopa,Rafał Woś
  • Źródło: tysol.pl