Ilość wyświetleń: 42

Kolorz, Solidarność: mieszkańcy Śląska czują się oszukani!

Cała odpowiedzialność za protestujących, zdesperowanych pracowników kopalń wytypowanych do likwidacji oraz zdesperowanych i mocno zaniepokojonych mieszkańców dzielnic, w których te kopalnie funkcjonują – leży po stronie rządowej.

Jak Pan ocenia to, co teraz dzieje się w górnictwie?

 

– Cała odpowiedzialność za protestujących, zdesperowanych pracowników kopalń wytypowanych do likwidacji oraz zdesperowanych i mocno zaniepokojonych mieszkańców dzielnic, w których te kopalnie funkcjonują – leży po stronie rządowej.

W ubiegłym roku wielokrotnie z ust premiera Donalda Tuska i innych polityków koalicji rządzącej PO-PSL – zapewniano tych ludzi, że górnictwo to niezwykle ważna gałąź gospodarki i że nie będzie likwidowania kopalń.

Politycy koalicji rządzącej wskazywali, że nie po to budowane są nowe bloki na węgiel, by spalać w nich surowiec z importu.

Obecnie ludzie czują się oszukani! Mieszkańcy Śląska, górnicy i nie tylko oni – czują się podle, czują się oszukani! I trudno im się dziwić.

 

Jak Pan sądzi, na co liczył rząd, przedstawiając taki program? Z góry było wiadomo, że od razu dojdzie do protestów…

 

– Możliwe, że w rządzie liczyli na to, że ludzie w Polsce – na skutek uporczywego prania mózgów w ostatnich latach – nie będą już w stanie się zjednoczyć i walczyć o swoją godność oraz swoje miejsca pracy.

W rządzie zapewne liczyli, że ludzie nie będą w stanie się zorganizować i przeciwstawić tym chorym zapędom.

Jednak rząd się przeliczył! A ci, którzy mówią, że ten program dla Kompanii jest jedyny i nieodwracalny – plotą bzdury.

Fatalna sytuacja Kompanii Węglowej i innych spółek górniczych jest „zasługą” tego rządu. Problemy zaczęły się wtedy, kiedy drastycznie zaczęło spadać wydobycie. Przypomnieć należy, że kiedy powstawała Kompania Węglowa, to cena tony węgla wynosiła ponad 30 dolarów.

Na samym początku Kompanią zarządzali ludzie z nadania politycznego. Potem przyszli fachowcy i Kompania nie przynosiła już strat. Aż do 2012 roku nie było tak, by koszty przewyższały przychody.

Problemy zaczęły się od 2009 roku. Osiem lat temu eksportowaliśmy około 15 mln ton węgla. A dziś? Obecnie mnóstwo węgla importujemy.

 

Co przewiduje Pan dalej?

 

– Jeśli rząd nie zmieni swego podejścia, to protest może eskalować. I nie chodzi już tylko o kopalnie. Trwała likwidacja miejsc pracy będzie tragedią dla Śląska.

Mieszkańcy regionu są tego świadomi. Na Śląsku problemy są nie tylko w górnictwie, wystarczy tu wspomnieć o Bumarze, czy o stalowniach.

Rzucenie przez premier Ewę Kopacz hasła, że na początku marca będzie program dla Śląska jest zupełnie niepoważne, wręcz groteskowe.

Gdyby premier Kopacz powiedziała, że trzeba wspólnie usiąść do stołu, by w najbliższych miesiącach wypracować program dla górnictwa i dla Śląska na kolejnych 20 lat – to byłoby co innego. Natomiast obecne podejście rządu jest fatalne.

 

Na co rząd liczył?

 

– Może w tym być brutalna kalkulacja polityczna. Przykładowo doradcy premier Ewy Kopacz mogli jej powiedzieć, że więcej zyska, jeśli wcieli się we współczesną Margaret Thatcher, że wtedy koalicja PO-PSL zyska więcej.

Dlatego, że chociaż mniej głosów uzyska na Śląsku, to za to może więcej w innych częściach kraju.

Wiadomo, że od lat górnictwo pokazuje się u nas w stereotypowym, wysoce niesprawiedliwym świetle. Może doradzili premier Kopacz, by kreowała się na osobę, która wreszcie zrobi porządek z tym górnictwem i tymi górnikami.

Wiadomo, że górnictwo wpływa na całą gospodarkę i że stanowi o naszym bezpieczeństwie energetycznym. Ale może być chęć pokazywania górników i górnictwa w złym świetle a premier Kopacz jako tej, która będzie twarda i nieustępliwa.

Nie brakuje opinii, że związki zawodowe w Polsce są zbyt pasywne. Co Pan o tym sądzi?

– W porównaniu z krajami Europy Zachodniej, jest w tym wiele racji. Tam często ludzie wychodzą na ulice – demonstrują, walcząc o swoje. Jest więc racja w opiniach, że jesteśmy zbyt pasywni i zbyt potulni.

Związkowcy to też ludzie, także popełniają błędy. Natomiast osoby zatrudnione przykładowo w różnego rodzaju montowniach, bo niestety te u nas dominują, zazdroszczą tym, którzy pracują tam, gdzie funkcjonują związki. Tam, gdzie nie ma związków, jest uprzedmiotowienie pracowników.

 

Jaki rozwój wydarzeń Pan przewiduje?

 

– Rolą związku zawodowego, a Solidarności w szczególności, jest stać po stronie ludzi. Jesteśmy w stanie poświęcić siebie, by tych ludzi bronić. Jesteśmy przygotowani na bardzo długą i wyczerpującą walkę.

Chcemy uniknąć tego, by ludzie pojechali do Warszawy. To bowiem oznaczać by mogło naprawdę dramatyczne wydarzenia. Natomiast nie wiadomo, jak długo będziemy w stanie taką sytuację utrzymać. Jeżeli rząd nie zmieni swego podejścia, to mogą wybuchnąć protesty na wielką skalę, obejmujące nie tylko górników.

W tym fatalnym programie dla Kompanii Węglowej nie ma żadnej stabilności wynagradzania i stabilności pracy dla osób, które miałyby się znaleźć w nowej, docelowej spółce.

Na razie mówi się o likwidacji kopalń, bo to kwestia najważniejsza. Natomiast nie wiemy, na jakich zasadach mieliby pracować górnicy w nowej spółce. Można się spodziewać, że byłaby tam dalsza redukcja płac. I żeby nie okazało się, że w tej nowej spółce ludzie byliby zatrudnieni na umowach śmieciowych. O tym także trzeba pamiętać.

 

Rozmawiał: Jerzy Dudała

 

Źróło wnp.pl